Tak bardzo się utożsamił z ludźmi biednymi swojego kraju, z których wyszedł i z którymi żyje i pracuje, że chce pozostać jednym z nich także i tutaj w Rzymie wśród nas. Ojciec Jerry, bo tak ma na imię, jest równocześnie człowiekiem o dobrym sercu, radosnym usposobieniu i bardzo usłużnym. Gdy zabiera głos podczas obrad, słychać w jego głosie zapał, gorliwość oraz troskę nie tylko o swoją część świata i prowincji, ale o dobro wszystkich i całego zakonu. Od dłuższego już czasu towarzyszy mi odczucie, a doświadczenie Kongregacji jeszcze bardziej to potwierdza, że każdy jezuita powinien być „bosy”, a więc obojętny, wolny od uczuć nieuporządkowanych i podobnie jako Mojżesz, powinien bosą stopą stąpać odważnie po ziemi i dotykać tego, co gorące, zimne, bolesne, święte i grzeszne. Przez to może czuć i przeżywać wiele spraw lepiej, bardziej bezpośrednio i dogłębnie. Wówczas też więcej widzi, rozumie i łatwiej rozeznaje wolę Bożą. Bosy ojciec Jerry, jest też jednym z przykładów różnic, jakie istnieją pomiędzy nami uczestnikami Kongregacji Generalnej. Różnimy się mentalnością, mówimy różnymi językami, pochodzimy z różnych krajów i kultur. Tych różnic jest bardzo dużo. A pomimo tego jesteśmy razem, współpracujemy, tworzymy, planujemy wspólnie przyszłość naszego zakonu. Można śmiało powiedzieć po tych prawie dwóch miesiącach Kongregacji, że różnice te nie dzielą nas, nie oddalają od siebie, ale wzajemnie ubogacają, pomagają odkryć w wielości bogactwo i doświadczyć jedności w wielości. Miałem już wcześniej wiele możliwości i okazji, by spotykać i przebywać, nieraz przez kilka lat, z jezuitami z różnych stron świata. Obecna Kongregacja Generalna potwierdza moje wcześniejsze odczucia i doświadczenia, że nas jezuitów więcej łączy niż dzieli. Pomimo różnic językowych mówimy tym samym językiem, językiem naszej duchowości, tradycji, historii. Różnimy się mentalnością, a jednak myślimy podobnie i pragniemy tego samego, opierając nasze myślenie na duchowości Ćwiczeń, Konstytucji. Odbywaliśmy formację w różnych krajach i prowincjach, a jednak nasz styl życia, apostolstwo są oparte na tych samych zasadach duchowości ignacjańskiej. Można powiedzieć, że najpierw jesteśmy jezuitami, a dopiero później obywatelami danego kraju czy członkami danej prowincji zakonnej. To doświadczenie bycia jezuitą jest pierwsze i najważniejsze, na nim opiera się i od niego zależy wszystko inne w naszym życiu zakonnym i apostolstwie. Dlatego też wiele spraw czujemy podobnie, pragniemy podobnie i przeżywamy w podobny sposób, jako jezuici, współbracia zakonni. Stajemy się sobie bliscy, naprawdę jak „przyjaciele w Panu”, tak jak chciał tego św. Ignacy. Podczas Kongregacji dostrzegam jeszcze jedno źródło naszej jedności. Wyrażenie, które często powraca, jest powtarzane przez nas wszystkich, to troska o „dobro wspólne Towarzystwa”. Podczas „murmurationes” przed wyborem Ojca Generała i Asystentów „ad providentiam” i przy wielu innych okazjach, w auli i w rozmowach indywidualnych, zadawaliśmy sobie to pytanie, co będzie większym „dobrem Towarzystwa”, pamiętając o słowach św. Ignacego, że „dobro im bardziej jest powszechne, tym bardziej jest boskie”. Z takiego podejścia rodzi się postawa zasłuchania, wzajemnego szacunku oraz myślenia nie w kategoriach własnej prowincji, dobra pojedynczej osoby, własnych ambicji, ale całości i dobra całego zakonu. Dla jezuity dobro wspólne Towarzystwa powinno być ważniejsze niż dobro cząstkowe lub pojedyncze. Taka postawa i nastawienie jest niezmiernie ważne, by rozeznanie indywidualne i wspólnotowe, a Kongregacja Generalna jest przykładem takiego rozeznawania, było owocne. Modlę się codziennie u grobu św. Ignacego i przed obrazem Matki Bożej della Strada, a mieszkam tuż obok, prosząc, by duch 35 Kongregacji Generalnej był obecny w dokumentach, które przygotowujemy, a później byśmy go zanieśli do naszych prowincji i wspólnot. Ta modlitwa jest bardziej intensywna, im bliższy jest koniec Kongregacji.
Powrót |
|