|
Alfons Rodriguez SJ swe życie zakonne spędził nieomalże w jednym tylko miejscu na furcie jezuickiego kolegium. Jego dni, pozornie niczym się od siebie nie różniące, były jednak czasem łaski, którą dzielił się ze spotykanymi ludźmi. Mistyk? Asceta? Święty? On twierdził, że jest tylko drewnianym narzędziem Boga. Ilekroć należy zapisać świadectwo ludzkiej świętości od razu jest się wydanym na łup dewocyjnej hagiografii, w której roi się od cukierkowej pobożności. Budujące przykłady świątobliwości zapisane w egzaltowanych słówkach, cudowności na miarę Archiwum X, rzeczywistość ukryta za jedynie słusznym modelem wzorcowym żadne pióro nie opisze przeszkód, jakie mu stają na drodze, gdy trzeba dopisać kolejny rozdział Ewangelii... Wypada przyznać się do nieporadności: Dlaczego nie pisze się tak jak się mówi, nie pisze się tak jak się kocha, nie pisze się tak jak się cierpi, nie pisze się tak jak się milczy; pisze się trochę tak jak nie jest. Dużo mądrości jest w poetyckim wyznaniu księdza Twardowskiego. Niech mi zatem wybaczy brat Alfons Rodriguez SJ i wszyscy święci, którym nadgorliwi hagiografowie skroili nazbyt sztywne mundurki jeśli nie znajdę zbyt wielu właściwych słów. Drewnianym narzędziem Bóg może czynić cuda..., a drewno pozostaje nadal drewnem tak pisał o sobie Alfons Rodriguez w 1606 roku, w swych Memoriach. Lecz jeśli owo drewno łaknie świętości, czyż nie staje się najczystszym znakiem, drzewem Krzyża? W Krzyż wpisane są dwie, przeciwne sobie rzeczywistości: ...nam dano boskość na drzewie martwym, geometrycznie ociosanym, na którym wisi trup (Simone Weil). W Krzyżu zawarte jest zupełne unieruchomienie. Ta uwaga nabiera tu szczególnego znaczenia brat Alfons prawie całe zakonne życie spędził w jednym miejscu, na Majorce, w kolegium jezuitów w Palma, na furcie zakonnej. A przecież Krzyż Zmartwychwstałego to także symbol nieustannej drogi Boga ku człowiekowi; symbol boskiej pasji, zdobywającej dla siebie wszystkich bez wyjątku ludzi. Jak pisze o. generał P. Kolvenbach SJ: Kiedy święty Alfons Rodiguez słyszy, iż ktoś woła do furty i w przychodzącym rozpoznaje przyjście Pana hospes venit, Christus venit to nie chodzi tu o pobożną praktykę, lecz o ludzką rzeczywistość, która pozwala dostrzec zawartą w niej prawdę o Bogu. W świętość brata Alfonsa, który trzydzieści sześć lat życia spędził w zakonie, posługując w sposób bynajmniej nieefektowny (a tej efektowności wszyscy dziś skrycie wymagamy od siebie i innych, jakby była ostatecznym kryterium najwyższej ludzkiej wartości) wpisuje się jego zapatrzenie w Rodzicielkę Syna Bożego. Przez Jej pośrednictwo modlił się, czując wyraźnie, że Ona jest uniżonym świadkiem Tajemnicy. Przypisywano mu nawet autorstwo godzinek o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Musiał głęboko przeniknąć rzeczywistość wiary, skoro zdecydował się na wstąpienie do Towarzystwa Jezusowego, już jako prawie czterdziestoletni mężczyzna (1571 rok), gdy przeżył śmierć żony i dwójki dzieci. Sam przyznaje, iż Bóg długo musiał o niego walczyć, gdyż w swym świeckim życiu bynajmniej nie kłopotał się wagą spraw duchowych... Pytanie zatem, jak wielką musiał przejść przemianę, skoro później, jako brat jezuita umiał dostrzec Chrystusową Obecność w trudnych przez swą banalność codziennych pracach. A jeśli tylko niewyraźna granica oddziela pobożne życie od dewocji to jaką cenę musiał płacić za wierne podążanie dobrym kursem? Dużą, bez wątpienia dużą; nigdy nie krył przeżywanych momentami trudności w relacjach z innymi, w niepewności własnego powołania, w dostrzeżeniu duchowego lenistwa niektórych ze swych współbraci. Trwał jednak jak drewno, które buduje Krzyż, i przez Krzyż nieustannie podążał za Tym, który zawsze jest o krok przed nami. Nie chcę tutaj kreślić obrazu cierpiętnika. Tacy nikogo nie pociągają. Są nudni i pretensjonalni jak clown, który wpadł w rutynę. Brat Alfons tych, którzy przewijali się przez furtę, by iść dalej ku swym sprawom, częstokroć prowadził dalej niż mogliby się tego spodziewać. Świętego Piotra Klawera SJ, poźniejszego niewolnika niewolników w Ameryce Południowej poruszył tymi słowami: Iluż ludzi leniwych mogłoby być apostołami w Ameryce. Smuci fakt, że miłość Boża nie popycha ich do przebycia mórz, które potrafiła przebyć ludzka chciwość! Czyż tamte dusze nie są warte życia Bożego? Stawiał pytania, radził, rozmawiał z kapłanami, z ludźmi świeckimi, miał czas dla zarozumiałych (dla mnie to wystarczające świadectwo świętości), dla wielkich tego świata i dla wyrzutków. Przyjmował ich takimi, jacy byli. My, którzy nieustannie potrzebujemy czasu dla siebie, dla swoich spraw. My, którzy mamy swoje kłopoty i swoje obowiązki, po swojemu radzimy sobie nawet z życiem innych ludzi czy stać nas na to, by czegoś ważnego nauczyć się od tego brata zakonnego, który jakimś cudem odszedł od siebie samego? Tak jak Chrystus, po którego przyszli krewni, gdy nauczał gdyż, jak podejrzewali, odszedł od zmysłów. Czy dziś ceni się taką świętość? Czasem mam wrażenie, że natarczywie szukamy doznań i przeżyć, że chcielibyśmy mieć na własność oswojonego Boga, który jak kamerdyner podaje na tacy odpowiedzi na wszystkie nasze pytania, lub przynosi do łóżka tabletki przeciwbólowe, gdy cierpimy. Brat Alfons Rodriguez, człowiek na furcie. Jeden z tych, którzy sprzątają świat pokornie i cicho (jak aniołowie w piosence Tomka Budzyńskiego) umarł 31 października 1617 roku. Wiele lat wcześniej, prowincjał, który zdecydował się przyjąć go do zakonu, motywował to tak: Jest za stary, by mógł zostać w przyszłości kapłanem; ma zbyt słabe zdrowie, aby być bratem zakonnym; w takim razie przyjmujemy go, by został świętym. Czyż nie wybrał Bóg tego co niskie, nieważne i słabe w oczach świata? Krzysztof Wołodźko SJ |