|
W pierwszy piątek stycznia 2009 Ojciec Prowincjał, czuwając razem z nami,
wygłosił poniższą homilię w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa
Już kilkanaście dni trwa okres Bożego Narodzenia, a tu znów czytamy teksty biblijne, które dobrze znamy z okresu Adwentu. Od Wigilii śpiewamy delikatne i rzewne kolędy, a tu znowu Jan Chrzciciel - surowy adwentowy prorok. Jeszcze w uszach mamy huk noworocznych fajerwerków, a tymczasem dziś pierwszy piątek miesiąca i klękamy nie tylko przed Żłóbkiem, ale też przed Najświętszym Sercem Pana Jezusa i - w jedności z innymi członkami Apostolstwa Modlitwy - dziękujemy za Jego darmową i niezasłużoną miłość do każdego z nas.
Jak to wszystko połączyć? Co mają ze sobą wspólnego wszystkie te tematy i czy w ogóle należy szukać jakiejś myśli przewodniej, która je łączy? Oczywiście, nie można niczego łączyć sztucznie, na siłę, ale spróbujmy raz jeszcze z uwagą zajrzeć do tekstu dzisiejszej Ewangelii.
Takie jest świadectwo Jana...
Zanim skomentujemy ten werset, przypomnijmy sobie, co o nowo narodzonym Panu Jezusie mówiła nam liturgia Słowa ostatnich dni. Przytaczała słowa innego Jana - św. Jana Ewangelisty, który tak pisał w swoim liście: To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy słyszeli o Słowie Życia, cośmy ujrzeli własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce. Bo życie nam się objawiło... A dzisiejsza Ewangelia mówi: Takie jest świadectwo Jana...
Kochani, to dlatego właśnie dzisiaj, już po Adwencie, już po Bożym Narodzeniu, znów słyszymy o Janie Chrzcicielu - bo to był i jest świadek, czyli ktoś, kto widział, zapamiętał i przekazuje. Tego, co przekazuje, nie wyczytał w książkach, nie wymyślił - tylko sam doświadczył i dlatego teraz daje świadectwo. Jeśli po tylu latach nadal świętujemy Boże Narodzenie, to dlatego, że przed nami był i Jan Chrzciciel, i Jan Ewangelista, i tylu innych, którzy nie tylko słyszeli, ale i we własnym życiu doświadczyli, ujrzeli, dotknęli, zapamiętali i własnym życiem zaświadczyli, że Pan Jezus naprawdę wszedł w nasze życie, że naprawdę się wcielił, że naprawdę stał się człowiekiem. Tej łaski bycia świadkiem Jego Narodzenia nie możemy sobie sami zdobyć, wyprodukować czy na nią zasłużyć. Możemy o nią tylko pokornie prosić. Prośmy więc pokornie i gorąco, aby Pan Jezus dotknął i przemienił serce każdego z nas.
Nie jestem...
Jan Chrzciciel, mówiąc w dzisiejszej Ewangelii o sobie samym, nie jestem, powtarza te słowa kilkakrotnie. Nie trzeba być wielkim biblistą, żeby zauważyć, że są one dokładną odwrotnością tego, co w Starym Testamencie mówi o sobie Pan Bóg: Jestem, który jestem. W Ewangelii Pan Jezus również mówi: Ja jestem.
Tak mówi Pismo i jest to odwieczna prawda: tylko Pan Bóg JEST, a człowiek nie jest. Człowiek chciałby być, pragnie tego, ale nie jest. Nie umie być - sam z siebie istnieć. Człowiekowi, czyli każdemu z nas, ciągle czegoś brakuje do pełni życia: za mało kochamy, za mało się modlimy, wciąż chorujemy i umieramy, za mało czujemy się kochani, za mało wiemy i za mało żyjemy.
To dlatego właśnie, już po zakończeniu Adwentu, znów słyszymy adwentowego Proroka, który przypomina nam, że nie jesteśmy w pełni. Tę prawdę życie potwierdza nam co krok. Nie jesteśmy w pełni. Jesteśmy masą pragnień i dążeń. Jesteśmy jedną wielka tęsknotą i oczekiwaniem. Nasz Adwent nie skończył się w Wigilię. Trwa ciągle, aż do naszego spełnienia.
Kochani, nie wstydźmy się tego, że nie jesteśmy. Nie wstydźmy się, że nie jesteśmy w pełni. Nie wstydźmy się, że nie jesteśmy dobrzy, święci, doskonali, kochający, rozmodleni. Powiedzmy o tym Panu Jezusowi tak prosto i otwarcie jak Jan Chrzciciel: Nie jestem. Nie wstydźmy się tego wyznać, bo w takim pokornym wyznaniu naszej niemożności bycia w pełni jest przecież nasza wielka tęsknota za tą pełnią, którą nas obdarowuje Jezus, a ta tęsknota już sama w sobie jest prośbą, już jest modlitwą.
Spojrzenie w Najświętsze Serce Jezusa
Co to wszystko ma wspólnego z Najświętszym Sercem Pana Jezusa i z Apostolstwem Modlitwy?
Po pierwsze, zawsze warto mieć świadomość, że tyle pomożemy innym, ile najpierw sami doświadczymy. Nie jesteśmy w Apostolstwie Modlitwy po to, by modlić się za innych, by oni się nawrócili i byli święci. To byłoby jedynie sumienne świadczenie innym pobożnych i modlitewnych usług, a tu nie chodzi o usługi, lecz o świadectwo. Jesteśmy w Apostolstwie Modlitwy po to, by modlić się za innych, ale nie z poczucia obowiązku, lecz dlatego, żeśmy najpierw sami doświadczyli nawrócenia i dotknięcia łaski. To jest najważniejsze. Bez tego nie ma ani apostolstwa, ani modlitwy. Bez osobistego doświadczenia nie ma chrześcijaństwa.
Po drugie, kult Najświętszego Serca Pana Jezusa jest kultem Serca otwartego, czyli zranionego. Miłość zawsze wiąże się ze zranieniem serca i nie bez przyczyny najprostszym jej wyobrażeniem jest serce przebite strzałą. Tylko tak można kochać i tylko tak można doświadczyć miłości. Nie wstydźmy się zatem tego, co rani nasze serca: naszych cierpień, naszych zdrad, naszych tęsknot i niespełnień, naszych grzechów i słabości. To wszystko boli i rani, ale raniąc otwiera nasze serca na jeszcze większą tęsknotę. Mając zranione i rozdarte serca, tym bardziej tęsknimy za miłością, za dobrem, za Jezusem.
Często myślimy, że wynagradzać Najświętszemu Sercu Pana Jezusa to się umartwiać. A tymczasem Panu Jezusowi nie jest potrzebne nasze umartwienie. On nie pragnie "krwawej ofiary". On pragnie naszych serc - by mógł w nich królować, by mógł nas uczyć kochać i żyć, tak naprawdę i w pełni. Więc otwórzmy przed nim nasze serca. To nic, że poranione i rozdarte, to nic, że po niejednym już duchowym zawale. Tym lepiej. Wynagródźmy Mu naszą własną oziębłość i niech każdy z nas odda Mu swoje serce takie, jakie jest. Niech nikt z nas nie chowa przed Nim niedoskonałości swego serca ani też tego serca nie oszczędza. Jak pisała Agnieszka Osiecka: "Może się zdarzyć, że pęknie serce, a człowiek mało żył". A niech pęknie - jeśli wcześniej będzie nam dane zasmakować prawdziwego Życia. Tego Życia, o którym św. Jan pisał, że właśnie się objawiło. Amen.
|