strona główna AM w czynie
Jezus uczynił dla mnie mały cud

      Święta Teresa od Dzieciątka Jezus napisała: "Trzeba było, żeby dobry Bóg uczynił mały cud, abym dojrzała w jednej chwili, a było to w dniu Bożego Narodzenia. [...]. Dzieło, z którym zmagałam się nadaremnie przez dziesięć lat, Jezus wykonał w jednej chwili" (Rękopisy Autobiograficzne, str. 106-107).
      Przewrażliwiona i płaczliwa Teresa stała się w jednej chwili silna, dzielna, całkowicie odmieniona mając 14 lat. My, tzw. przeciętni, dojrzewamy wolniej, później. Tylko Bóg zna nasz czas i wie, co nam może pomóc w tym dojrzewaniu.
      O sobie mogę powiedzieć, że długo byłam dzieckiem bardzo nieśmiałym, wrażliwym, wręcz przewrażliwionym. Każda szorstkość, ostrzejszy ton w domu czy w szkole powodował u mnie lęk, kurczenie się w sobie, zamykanie się. Bardzo mało się odzywałam, chyba że zostałam o coś zapytana. Chciałoby się powiedzieć: "klasyczne dziecko kącika".
      Miałam jednak swój świat wewnętrzny. Natomiast w grupie rówieśniczej nie miałam takich trudności; uchodziłam nawet za autorytet. A w kwestiach związanych z religią byłam - jak na swój wiek - odważna. Przejawiało się to w mojej postawie i w słowach, za które ponosiłam różne konsekwencje. Wiedziałam ku czemu zdążam i kto jest dla mnie najważniejszy. Dziś widzę, że to sam Jezus mnie prowadził, a czynił to dając mi konkretne pragnienia i natchnienia, przez które dawał mi poznać swoją bliskość i uwrażliwiał moje serce na swą Boską Miłość - Miłość, którą przyjęłam składając ślub czystości. Każde wydarzenie, a szczególnie te trudniejsze, odczytywałam w świetle wiary. Oddawałam je Jezusowi, a potem cieszyłam się, że mogłam Mu coś ofiarować.
      Pewnego razu nauczycielka usiłowała mnie przekonać, że nie powinnam chodzić codziennie na Mszę Świętą, bo muszę w związku z tym wcześnie wstawać i przychodzę do szkoły nie zjadłszy śniadania (wtedy post eucharystyczny trwał 24 godziny, a Mszy Świętych wieczornych nie było) - przez co źle wyglądam. Jednak nie była ona w stanie wpłynąć na zmianę mojej postawy. Już jako dziecko nie wyobrażałam sobie dnia bez Mszy Świętej, a po Pierwszej Komunii Świętej - dnia bez przyjęcia Jezusa do swego serca. Tak było do momentu wstąpienia do Zgromadzania Zakonnego. Miałam wtedy 19 lat.
      Uczęszczając do liceum, mieszkałam w internacie, gdzie w różny sposób utrudniano nam spełnianie praktyk religijnych. Ja - tak wrażliwa i lękliwa - nie zrezygnowałam jednak z żadnej praktyki religijnej (z sakramentu pokuty co dwa tygodnie i codziennej Mszy Świętej), mimo zakazu wychodzenia z internatu, który akurat »w moich« godzinach (tzn. gdy wychodziłam na Mszę Świętą) był zamykany. Weszłam w układ z panem woźnym, który w tajemnicy otwierał mi drzwi.
      Tak było do czasu zwołania specjalnego apelu, na którym otrzymałam naganę oraz mnie upomniano, że jestem samowolna, łamię regulamin, daję zły przykład (wszyscy wiedzieli, dokąd wychodzę), a to może być powodem niezdania matury! W czasach ówczesnego systemu był to w moim środowisku koronny argument wobec uczniów różnorako »niesubordynowanych«.
      Od tamtego czasu już nie łamałam regulaminu; wychodziłam z internatu po otwarciu go, ale w kościele było już wtedy po pierwszej Mszy Świętej. Ale ksiądz katecheta siedział w konfesjonale i widząc, że wchodzę do kościoła, niejednokrotnie wychodził, by udzielić mi Komunii Świętej. Nie pamiętam jak długo trwała ta »kwarantanna«.
      Groźby, że mogę nie zdać matury, nie miały wpływu na moją postawę, choć chciałam tę maturę zdać; miałam przecież swoje plany. Niestety nie zdałam; oblałam historię na egzaminie ustnym. Było to trudne i bolesne doświadczenie, ale jakże zbawienne. Tak je postrzegałam od samego początku.
      Bóg ma swoje sposoby, by uwalniać nas od samych siebie. Dla mnie było to wydarzenie wyzwalające - jakby w jednej chwili coś ze mnie spadło. To musiało się stać. To był początek mojego dojrzewania, nie tylko emocjonalnego, aczkolwiek bardzo bolesny. Miałam 18 lat. Byłam wtedy i jestem nadal przekonana, że gdyby nie to oblanie matury, moja integracja psycho-duchowa trwałaby jeszcze długo.
      Zaraz po tym egzaminie skierowałam się do kościoła. Przed obrazem Matki Bożej podziękowałam Jej za to doświadczenie. Tak, dziękowałam - pierwszy raz w życiu modląc się słowami Magnificat. Bóg wie, jakimi drogami ma mnie prowadzić ku sobie, a moje serce ciągle musi się uczyć odczytywać swą historię życia - Jego oczami.
      Za rok przystąpiłam do matury powtórnie i zdałam ją bez problemu. Patrzyłam na te wydarzenia w świetle wiary, chociaż koleżanki widziały je inaczej. Bardzo bliska jest mi św. Tereska. Nie miałabym odwagi porównywać się z tą świętą, w niczym, ale może w tym wypadku mogę za nią powtórzyć: "Bóg uczynił mały cud" - abym bardziej dojrzała. Bo łaska powołania najpierw musi przemienić tego, do kogo jest adresowana. Jezus uczynił dla mnie ten mały cud.

  Zofia