strona główna AM w czynie
Daj mi to upokorzenie

      Z ostatniej wojny (miałam wtedy 6 lat) moja pamięć emocjonalna zanotowała następujące wydarzenie. Wracałam radosna z pobliskiej łąki do domu, skacząc z nogi na nogę, trzymając wysoko w górze polne kwiatki, które niosłam dla Matki Bożej, aby ułożyć je przed Jej obrazem. W pewnym momencie zauważyłam idącego naprzeciwko Niemca, wówczas ważną osobę w mojej miejscowości. Natychmiast sobie uświadomiłam, że należy się przywitać mówiąc "Guten Tag". I dalej skacząc powtarzałam w myśli słowa powitania. W momencie gdy miałam go wyminąć, podeszłam bliżej, dygnęłam nóżką, jak przystało na grzeczną dziewczynkę, i o zgrozo, nie wiem dlaczego, powiedziałam "Dzień dobry Panu".
      Niemiec spojrzał na mnie i nie zastanawiając się wiele, uderzył mnie w twarz!
      Jak bardzo bolało to uderzenie! Nie tyle nawet fizycznie, choć uderzyła silna ręka mężczyzny, ale bolało inaczej, z innego powodu. Byłam zbyt mała, abym mogła trafnie nazwać ten czyn słowami, ale w duchu powiedziałam sobie: "Pokażę ci, że nie będę płakać", choć łzy same cisnęły się do oczu. Dziecko też ma swoją godność.
      Dalej nie szłam już w podskokach, kwiatki opuściłam nisko, prawie do ziemi, ale nie płakałam! To była moja odpowiedź.
      Kilka lat później, w VI klasie szkoły podstawowej, na lekcji historii przeżyłam podobne upokorzenie, choć w zupełnie innej rzeczywistości. Były to lata stalinizmu i usiłowano nas przekonać, jakim to dobrodziejstwem jest panujący system. A mieliśmy dopiero po 13 lat.
      Pamiętam szczególnie jedną lekcję, w czasie której nauczycielka omówiła różnice między poszczególnymi systemami społecznymi: kapitalizmem, socjalizmem i komunizmem. Na następnej lekcji byliśmy odpytywani z tychże różnic, a my świadomie odpowiadaliśmy błędnie, przypisując »super wartości« komunizmu kapitalizmowi, a negatywy kapitalizmu - komunizmowi.
      Takie lekcje miały miejsce w mojej klasie; zawarliśmy zmowę, by w ten sposób wyrażać swój sprzeciw wobec przekazywania nam kłamstw.
      Nauczycielka stawiała pytanie i padały błędne odpowiedzi jedna po drugiej. Punkt kulminacyjny nastąpił przy mojej osobie: "Dość mam waszych głupich odpowiedzi, bałwany. Nawet ty głupstwa pleciesz!". Nauczycielka podeszła i uderzyła mnie w twarz.
      To było straszne uderzenie! Poczułam się poniżona, upokorzona, głęboko zraniona w swej godności. Nie wiem, jakbym postąpiła, gdyby nie nagłe dotknięcie łaski: "Ja też byłem bity po twarzy, daj mi to upokorzenie".
      W sercu szybko dokonała się transformacja, podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do nauczycielki, chociaż upokorzenie i policzek bardzo bolały. Nie wiem jak »wypadł« ten mój szczery uśmiech, ale najprawdopodobniej został odebrany jako ironiczny, gdyż nauczycielka podeszła i uderzyła mnie w twarz po raz drugi. "Jezu, o tyle za dużo" - powiedziałam w sercu i rozpłakałam się, a z nosa popłynęła mi krew. Ona zaś wysłała ucznia po wodę i stawiając szklankę na ławce przede mną, powiedziała: "Woda cię orzeźwi". Otarłam skrwawioną twarz, ale nie woda mnie orzeźwiła, lecz rozmowa z kochającym Ojcem.
      Upłynęło wiele lat, zanim zrozumiałam, że właśnie te upokarzające, bolesne momenty pomogły mi szerzej otworzyć serce na przyjęcie Jezusa, który był upokarzany przez bicie po twarzy. A stało się to w czasie odprawiania II tygodnia Ćwiczeń ignacjańskich, kiedy to rekolektant winien dokonać ponownego wyboru Jezusa, i to Jezusa, który za ludzkie grzechy znosił urąganie.
      We mnie natomiast zrodził się poważny opór wewnętrzny. Jezusa? - Tak. Prześladowanego, niezrozumianego, odrzuconego, oplutego, różnorako cierpiącego? - Tak. Ale bitego po twarzy? - Nie. I po sto razy - nie!!!
      Znam smak tego upokorzenia i nie chcę, by kiedykolwiek ktokolwiek jeszcze raz uderzył mnie w twarz! Walka wewnętrzna była silna i bardzo trudna, tym bardziej że szatan nie próżnował: "Po co pójdziesz na dodatkową rozmowę do kierownika, zabierzesz mu tylko czas, a on cię wyśmieje" - podpowiadał.
      O ileż łatwiej przyjąć Jezusa »we fragmentach« aniżeli »całego«, zwłaszcza jeśli już się trochę doświadczyło Jego upokorzenia na własnej skórze. Tymczasem trzeba być gotowym przyjąć Jezusa »całego« w każdej sytuacji i ciągle na nowo odczytywać w świetle Jego Męki to wydarzenie, które nas boli i rani.
      Udręczona tą walką wewnętrzną w pewnym momencie osunęłam się na kolana (byłam akurat w pokoju) i zaczęłam intensywnie prosić Jezusa o ratunek. I kolejny raz modlitwa mnie uratowała. Powoli wracał pokój, poczułam się wewnętrznie wolna i w tej wolności wybrałam na nowo Jezusa - »całego», także bitego po twarzy. Bo istotą każdego powołania jest naśladowanie Jezusa, podążanie tą samą drogą co On. Na tych, którzy twierdzą, że Go kochają, zsyła On próby, aby się okazało, czy rzeczywiście Go kochają.

  Maria