strona główna AM w czynie
Jezus nas potrzebuje

      Cierpienie, które nas dotyka, ofiarujmy Jezusowi w łączności z Jego cierpieniem na krzyżu, a stanie się ono - dla nas i dla innych ludzi - źródłem wielkiego błogosławieństwa, wielką łaską. W czasach transformacji ustrojowej ci, którym najwięcej pomagałam w adaptacji do zawodu, stanęli przeciwko mnie. Przez trzynaście miesięcy codziennie rano odmawiałam ze łzami w oczach piękną modlitwę O cierpliwość w znoszeniu przykrości, którą odkryłam wtedy w swym modlitewniku, zatytułowanym Spotkanie z Bogiem.

      Modlitwa napełniała me serce pokojem i nie było we mnie najmniejszej urazy do moich przeciwników. Po upływie trzynastu miesięcy Duch Święty wszystko odmienił. Sprawy ułożyły się dla mnie pozytywnie. Wrogo nastawieni współpracownicy zabiegali o moją przyjaźń, o przebaczenie, gdyż ich plan się nie powiódł. Nigdy nie wracałam do tych przykrych zdarzeń.

      Przyjęte cierpienie otwiera nasze serca na działanie łaski. Możemy wtedy rozdawać dobro (nie nasze) i miłość (nie naszą) oraz pomoc (nie naszą). Mimo naszych słabości i ograniczeń możemy stać się skutecznym narzędziem w rękach Boga. On w przedziwny sposób pokieruje naszymi słowami i zdarzeniami.

      Kiedyś w naszej szkole świecka katechetka prowadziła Wakacje z Bogiem - z młodzieżą bardzo trudną, pochodzącą z rodzin rozbitych lub bardzo bogatych. Młodzieży tej nieobce były papierosy, narkotyki, alkohol - również na oazie. Zarówno rodzice, jak wychowawcy tych młodych ludzi mieli z nimi wiele trudności.
      Zaproszono mnie na spotkanie z nimi, by opowiedzieć im o regionie, w którym spędzają wakacje. Spotkanie miało być we wtorek. W niedzielę mój 13-letni syn czaił się po kątach z czytaniem jakiejś książki. Było to Życie Freddiego Mercury. Poprosiłam syna o tę książkę, by później z nim o niej porozmawiać.

      Na spotkanie z młodzieżą zabrałam tę książkę oraz obrazki św. ojca Pio i św. Tereni. Ktoś »z góry« przewidział, że będą mi potrzebne. Przywitano mnie gwizdami. Kierowniczce trudno było uciszyć młodzież. "Dziękuję za oryginalne przywitanie - powiedziałam. - Wiem, że w głębi duszy macie dobre serca, które pragną kochać i chcą być kochane, gdyż Pan Bóg wszystkich nas stworzył z miłości i do miłości powołał". Zaległa się cisza. W dalszej części spotkania mówiłam o szczęściu, którego każdy z nas szuka. Nawiązywałam do bujnego życia Freddiego (narkotyki, alkohol i związki homoseksualne). Ten sławny piosenkarz - gwiazda rocka zmarł w roku 1991, w wieku 45 lat, na AIDS, tak jak i jego kochankowie: Tom Bartin i John Murphy. Jego posiadłość warta była ponad cztery miliony funtów, a całą fortunę obliczono na 28 milionów funtów. Mimo sławy i bogactwa nie był szczęśliwy. Wśród przyjaciół, którym fundował drogie przyjęcia i którym dawał prezenty, czuł się samotny, w sercu odczuwał pustkę. W jednym z wywiadów na pytanie, czy czuje się szczęśliwy, opowiedział: "Szczęście! Nigdy go nie doświadczyłem. Mam wielu przyjaciół, ale czasami człowiek posiada wszystko, a w rzeczywistości nie ma nic". Na przyjęcia urodzinowe Freddie wynajmował dziesięciopiętrowe hotele, a jego trasy koncertowe były okazją do najbardziej szalonych i długotrwałych orgii.
      Jego osobie przeciwstawiłam dwie inne postaci.
      Pierwsza to postać świętego Ojca Pio - skromnego, ubogiego zakonnika, obdarzonego stygmatami, znajomością ludzkich sumień, posiadającego dar bilokacji; zakonnika, który wypraszał ludziom uzdrowienie ciał i dusz i który mimo cierpienia i wyczerpującej posługi w konfesjonale był niezmiernie szczęśliwy - gdyż miał w sercu Jezusa.
      Postać druga to św. Terenia. Z miłości do Jezusa zrezygnowała ona z życia wygodnego i wybrała surowe życie zakonne. Sława św. Ojca Pio i św. Tereni nie przemija. Wypraszają oni u Boga wiele łask dla wielu ludzi.
      Na koniec spotkania rozdałam chłopcom obrazki ze św. Ojcem Pio, a dziewczętom - ze św. Terenią. W swym sercu zawierzyłam tę młodzież ich opiece. Podczas całego spotkania była cisza i niezwykłe zasłuchanie. O regionie powiedziałam tylko kilka zdań.
      Następnie była Eucharystia w naszej kaplicy, na którą przyjeżdżał z parafii wikariusz - zawsze 15-20 minut przed Mszą Świętą, by zasiąść w konfesjonale. Tym razem do spowiedzi ruszyli prawie wszyscy. Dziwnym zbiegiem okoliczności akurat o tej godzinie przyszedł do kaplicy będący tam na urlopie salezjanin - by odprawić Mszę Świętą. Pomógł więc naszemu kapłanowi spowiadać młodzież.

      Wszystkie zdarzenia: zaproszenie na spotkanie, książka o Freddim, obrazki, przybycie salezjanina były przewidziane przez Dawcę darów, a ja, jako niegodne narzędzie, realizowałam tylko Boże natchnienia, sama będąc zdziwioną biegiem wydarzeń. Pan sam dokonał reszty w sercach młodzieży.

      Zachęcam wszystkich do podejmowania zadań przygotowanych im przez Boga. Jesteśmy Mu potrzebni. Przez nasze ręce i modlitwy, cierpienia i działania Jezus realizuje dzieło zbawcze. My, chrześcijanie, mamy - podobnie jak św. Paweł - świadczyć o Jezusie i Jego miłości do nas.

Wystarczy ci mojej łaski (2 Kor 12, 9) - powiedział Pan do Pawła. Jeżeli nie zmarnujemy łaski, którą daje nam Jezus, ale będziemy z nią współpracować, to Bóg uczyni przez nas wielkie dobro: Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia (Flp 4, 13).

  Amalia